”Dziękujemy!”. Wspomnienia o śp. ks. Kazimierzu Lewandowskim cz. 3

Słowo „dziękuję” najczęściej się pojawia we wspomnieniach o śp. Księdzu Kazimierzu Lewandowskim. Dziś publikujemy kolejną, trzecią część wspomnień.

Wspólne spotkania z śp. Księdzem Kazimierzem Lewandowskim wspomina ks. Kazimierz Chudzicki:

O ks. Kazimierzu Lewandowskim trudno pisać krótko… Ale chciałbym, chociaż w kilku zdaniach, dać świadectwo o nim w formie wspomnień z moich spotkań z nim…

Pamiętam moje pierwsze spotkanie w roku 1988, w Stowięcinie. Było to w czasie I stopnia oazy, na której byłem jako uczestnik. Pewnego dnia rozeszła się wieść, że „Czarny” przyjeżdża. Czuć było „napięcie”. A kiedy przyjechał, miało się wrażenie, że przyjechał człowiek –legenda. Kiedy mówił wszyscy go z ogromną uwagą słuchali, tak by nie uronić ani jednego słowa, które wypowiedział. Pamiętam, że wśród uczestników byli i tacy, którzy prosili go o autograf, na podsuniętym świętym obrazku, by coś po tym spotkaniu pozostało…

Inne spotkanie… To ognisko harcerskie w Machlinach, na które został zaproszony ks. Kazimierz, by wygłosić gawędę. Opowiadał o swoich spotkaniach z ks. Blachnickim i o tym jak przeszłość harcerska twórcy ruchu oazowego została w przez niego wykorzystana w Ruchu „Światło – Życie”: wyprawa otwartych oczu, pogodny wieczór, itp. Wygłoszona przez niego gawęda była przez wielu niezapomniana, i to nie dlatego, że towarzyszył jej blask ogniska i gwiazdy odbijające się w jeziorze, ale, że mówił to przyjaciel młodzieży, również i tej harcerskiej, bo przecież Trzciniec, w którym w tamtych czasach był dyrektorem, był otwarty dla harcerzy, którzy co roku rozbijali się czy to w Machlinach, czy Psich Głowach.

A w ostatnim czasie, przez 3 lata, gdy byliśmy razem we wspólnocie zakonnej, zamieszkującej dwa domy: w Czaplinku i Rzepczynie, miałem okazję spotykać go częściej. Pamiętam jego systematyczne przyjazdy do Czaplinka, w czasie których korzystał z Sakramentu Pokuty, porozmawiał, wypił kawę… A w czasie naszej obecności w ośrodku w Rzepczynie z dumą oprowadzał po domu i opowiadał o tym co udało już się wyremontować, snuł też plany na przyszłość. I to wszystko z myślą o młodzieży, w której zawsze dostrzegał dobro i dawał szansę na poprawę. To co od niego się nauczyłem, że jak wychowanek przeskrobie to się go nie kara, tylko, że za pewne czyny są konsekwencje… Niby to samo, ale nie to samo…

Wiele, by można jeszcze pisać… Niech tych kilka myśli, wspomnień, będzie okazją, by wyrazić Bogu wdzięczność za osobę ks. Kazimierza Lewandowskiego.

Kolejny salezjanin – Ks. Jacek Brakowski – wspomina „Czarnego”:

Popularnego w naszych kręgach Oazowych „ks. Czarnego” poznałem w roku… i tu zaczyna się problem… po prostu zawsze był obecny w świadomości… mnóstwo różnych migawek z życia… Opuszczona szyba w drzwiach „dużego Fiata” i okrzyk: „Gdzie idziesz poganinie!?”, wykonuję w tył zwrot na pięcie i widzę uśmiech „od ucha do ucha”…: „Cześć Jacek!” i chwila rozmowy… – jak w we współczesnej reklamie… BEZCENNE! Rekolekcje, wspólnie przeżywane msze święte, dni skupienia, różne spotkania, błogosławieństwo animatorskie w Skrzatuszu… Dobrze, że ks. Kaziu był z nami obecny w tych chwilach.

Pamiętam też, że gdy przyjechał na nasze obłóczyny w 1992 roku, to „Czarny” już nie był… ale sobą cały czas tak… „Trzciniec dał mi w…” białe włosy… i śmiech… Były później kolejne spotkania już w Zgromadzeniu i te ostatnie przy okazji wizyt ks. Kazia z Rzepczyna w Trzcińcu i odwrotnie…, dobre słowo i uśmiech ten sam od lat…

Myślę, że właśnie takim go kochamy; przy ołtarzu, z darem rozeznania w sakramencie pojednania, mocnym słowem podczas kazania, za kierownicą samochodu, gdy kończyła się podziałka na prędkościomierzu… Kochamy jako człowieka – kapłana z jego słabostkami i cnotami.

Ksiądz Antoni Balcerzak SDB tak wspomina ks. Kazimierza:

Ktokolwiek otarł się w życiu o „Czarnego” wyczuwał, że ociera się o kogoś niezwykłego, nietuzinkowego. Dla wielu niby niewiele znaczące, jakby przelotne spotkanie z ks. Kazimierzem stawało się wyznacznikiem i odniesieniem w niełatwej codzienności. Moja z nim współpraca zaczęła się w roku 1990, kiedy po powrocie ze studiów w Rzymie miałem zająć się animacją Duszpasterstwa Młodzieży w inspektorii pilskiej. Charyzmatyczna obecność Księdza Kazimierza była natchnieniem, drogowskazem, wsparciem. To jeden z niewielu współczesnych nam współbraci Mistrzów wychowania, który będąc dla wielu nauczycielem – dla wszystkich pozostawał ojcem, chociaż mówiliśmy mu Kaziu i „Czarny”. Powalała mnie jego pokora w tym, co robił. Nigdy nie zgasił żadnej inicjatywy, zawsze i wszędzie był obecny, i to nie tylko na spotkania oazowych. Kiedy po wygaśnięciu jego kadencji wszedłem w jego miejsce do Rady Inspektorialnej – zawsze mogłem liczyć na jego radę, entuzjazm, zachętę. Cudownie było śnić i marzyć razem z nim o obecności Księdza Bosko w Polsce.

Kiedy rozpocząłem współpracę z Radiem Maryja był jednym z pierwszych, który autentycznie radował się tą nową formą salezjańskiej obecności ewangelizacyjnej. Wielokrotnie marzyłem, aby pojawił się w studio i podzielił swą miłością i doświadczeniem miłości do młodego człowieka na antenie radia. Zawsze się wykręcał, ale wreszcie w Wielkim Poście 2003 roku udało się! Wygłosił kazanie w czasie Mszy św. transmitowanej przez Radio Maryja w czasie radiowych rekolekcji w Koninie. Powiedział wówczas jedno zdanie, które jak echo obiegło nie tylko Polskę. Powiedział odnosząc się do zagrożeń wychowania w trudnym polskim III Tysiącleciu chrześcijaństwa: ja też pragnę jeść Chrystusa z polskiego zboża!

Dzięki Kaziu, że stanąłeś na mej salezjańskiej drodze. I już pozostaniesz. Na ostatnich rekolekcjach radiowych w Pile bp Edward Dajczak powiedział zdanie, które chyba odnosiło się do Ciebie. Ty byłeś zamieszkany… I może, dlatego wszystkie światła, które pozapalałeś w dzieciakach dużych i małych nie zgasną… z wdzięczności za Ciebie i… dla Ciebie!

Ks. Kazimierz we wspomnieniach Bernadety Ancuty:

„Czarny”

Rozmawialiśmy dzień po Twoich Imieninach, bo w dniu imienin jesteś poza zasięgiem telefonicznym. Umówiliśmy się na spotkanie w Pile…

Ale… wspominaliśmy wspólnie podczas ostatniej Twojej wizyty u nas w domu. Tak, jak byśmy sprawdzali, czy wszystko w porządku z naszą pamięcią.

Wspominaliśmy Oazę w Psich Głowach i Kątach k. Krościenka, śp. ks. Franciszka Blachnickiego, ludzi spotkanych w czasie tych trzydziestu kilku lat, rekolekcje w Klasztorze w Lądzie, wesele w Twoim pokoju na plebani w Pile… Teraz ja mam wspominać Ciebie? Twoje życie tutaj, między nami, to jedno wielkie Świadectwo Miłości Boga i Ludzi.

Dziękuję.

Wspomnienie Edyty Walewskiej:

Cóż można powiedzieć? Każde słowo, to za mało. „Czarny” właściwie przewijał się przez wszystkie lata mojej formacji, a zaczęło się to jakieś 20 lat temu. Już wtedy wyróżniał się spośród księży. Budził sympatię, ale i respekt. Na pewno wielki szacunek. Nigdy nie miałam okazji przyjaźnić się z nim blisko, może nawet zbyt często Go nie spotykałam. Mimo wszystko wywarł jednak ogromny wpływ na moje życie. Mogę śmiało powiedzieć, że zostało one ukształtowane przez formację oazową i tego wielkiego Przewodnika.

Uwielbiałam Go słuchać, ile razy płakałam… Ze wzruszenia albo wstydu, bo dał popalić podczas kazania. Te spotkania w Skrzatuszu, rekolekcje wakacyjne, formacje dla animatorów – wszędzie był i zawsze po takich spotkaniach zostawały we mnie jego słowa. Jak cudownie było wrócić do Trzcińca po kilku latach oderwania od wspólnoty, już z mężem i dziećmi, spotkać się z nim, już w sumie nie czarnym i znowu poczuć tę jedność. Jedność wspólnoty Kościoła. I pod przewodnictwem ks. Kazimierza uczestniczyć w Eucharystii, i powiedzieć sobie – „Dobrze, że jesteś.” Teraz powiem tylko – „Dobrze, że byłeś”.

Swojego Ojca, Przewodnika i Przyjaciela wspomina Małgorzata Sadowska:

10 czerwca 1989 roku otrzymałam od księdza Kazimierza „ Psałterz” Romana Brandstettera z dedykacją:

„ Zawsze chwal
zawsze śpiewaj
swemu Panu
i bądź koniecznie szczęśliwa”

Dziś dziękuję Bogu za dar Tego Kapłana w moim życiu. To On wskazywał mi drogę do szczęścia, którą jest Bóg. Pamiętam Go rozmodlonego z różańcem w ręku. Ksiądz Kaziu to człowiek modlitwy i zawierzenia Bogu przez Maryję. Był dla mnie Ojcem, Przewodnikiem i Przyjacielem. Był obecny w wielu momentach mojego życia, w chwilach radosnych i bolesnych. Zawsze służył radą i dobrym słowem. Dziękuję za to, że modlił się za mnie, abym umiała chwalić i śpiewać Bogu psalmy w każdym momencie swego życia. Dziękuję za ojcowską miłość i kapłańską przyjaźń.

Wierzę, że teraz patrzy z Nieba i dalej modli się za mnie.