Biały ksiądz ”Murzyn” opowiada o misjach

Tak bardzo wrósł w społeczność afrykańską, że współbracia mówią na niego „ksiądz-Murzyn”. Od kilku miesięcy jest w Pile, w inspektorii i czasami odprawia w naszym kościele msze święte. Poprosiliśmy, aby z racji tygodnia misyjnego opowiedział o swojej pracy na Czarnym Lądzie.

O młodym i żywym Kościele w Zambii, barierach językowych, które przełamywał dzięki dzieciom oraz o tym, jak kamień może wywołać panikę w afrykańskim kościele opowiada ks. Michał Wziętek, salezjanin, misjonarz.

www.SwietaRodzina.pila.pl: Pracuje ksiądz na misjach już 23 lata. Jak to się stało, że ewangelizuje ksiądz Czarny Ląd?

Ks. Michał Wziętek sdb: Wstępując do seminarium już myślałem o tym, by kiedyś w przyszłości wyjechać na misje. Spotkania z rożnymi misjonarzami w latach seminaryjnych utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Myślałem wtedy o jakimś kraju Ameryki Południowej. Kiedy byłem na 2 roku filozofii w Woźniakowie, przyjechał ks. Inspektor i powiedział, że potrzebują chętnych do wyjazdu na misje. Zgłosiłem się od razu, ale niestety wtedy nie mogłem wyjechać. Dopiero rok po świeceniach kapłańskich mogłem wyjechać.

 I zaczyna się księdza przygoda z Afryką…

 Tak. Właściwie to nie z całą Afryką, a z Zambią, bo tylko tam pracowałem, choć w różnych miejscach. Miał to być wyjazd tylko na pięć lat, ale jakoś się przeciągnęło… (śmiech). Przygoda to bardzo dobre słowo. Często ludzie mnie pytają, czy praca tam, na misjach, jest trudna. Nigdy nie uważałem, mojej pracy na misjach za trudną. Fakt, to inna praca niż w Polsce, ale całą moją posługę w Zambii odczytuję jako wielką przygodę.

 Pamięta ksiądz swoje pierwsze zetknięcie z Czarnym Lądem? 

 Wylatując do Zambii, lecieliśmy Aerofłotem, przez Moskwę i nasze pierwsze lądowanie na Czarnym Lądzie było w stolicy Angolii – Luandzie. Mimo, że nie zmienialiśmy samolotu, to musieliśmy go opuścić na ponad 2,5 godziny. Zaprowadzono nas do dużej sali na lotnisku, gdzie byliśmy pilnowani  przez żołnierzy z karabinami. Pamiętam, że było tam bardzo gorąco i duszno. Dodatkowo było bardzo wilgotne powietrze, mimo że była dopiero 5. rano.  Byłem bardzo wystraszony i pomyślałem sobie, jeśli tak samo będzie w Zambii, to będzie ciężko. Ale gdy wylądowaliśmy na lotnisku w Lusace, okazało się, że jest tam o wiele chłodniej, nie ma żołnierzy z karabinami, a Zambijczycy z obsługi lotniska byli bardzo życzliwi, uśmiechali się do nas i witali nas tak, jak byśmy się znali od lat. Odetchnąłem wtedy z ulgą…

 A jak ksiądz się porozumiewał z ludami tubylczymi?

 Moim pierwszym miejscem pracy była misja położona w buszu, ponad tysiąc kilometrów od stolicy Lusaki, gdzie nie było prądu ani telefonów, a do najbliższej drogi asfaltowej było prawie 200 km. Tubylcy mówili tylko językiem iciwemba. Tylko kilka osób z tej wioski znało trochę j. angielski. Byli oni naszymi tłumaczami, gdy chcieliśmy się porozumieć z innymi. Mimo to, nie było łatwo: mój słaby angielski  wyraźnie różnił się od angielskiego używanego w Zambii. Ale jak to bywa w takich sytuacjach, zawsze ręce są niezastąpione (śmiech).

 Ale w końcu opanował ksiądz język, którym mówili tamtejsi mieszkańcy?

• Po trzech miesiącach pracy pojechałem na kurs języka iciwemba. Trwał on tylko trzy miesiące. Tam, oprócz poznania kilku reguł gramatycznych i trochę słówek, przekonałem się, ze język iciwemba nie jest wcale taki łatwy i trzeba będzie się trochę natrudzić by go opanować w takim stopniu, aby móc się porozumiewać z nowymi parafianami. Niedługo po kursie zostałem posłany do Lufubu, dużej wioski w buszu, gdzie wszyscy mówili po iciwemba. Nie było wyjścia, trzeba było zacząć się uczyć. Najlepszymi nauczycielami okazały się dzieci, które mówiły językiem prostym i chętnie tłumaczyły, powtarzały. To okazało się zbawienne. Przez następne dwa lata, wszystkie kazania pisałem po angielsku i dawałem do tłumaczenia. Dopiero po 3 latach zacząłem sam pisać kazania w iciwemba, a po pięciu latach zacząłem mówić kazania bez kartki. Bariera została pokonana. Ludzie cieszyli się, że mówi się w ich języku. Nieważne jak, czy poprawnie gramatycznie ale ważne, że w ogóle się mówi.

♦ Skoro bariera językowa została pokonana, to z jakimi trudnościami spotkał się ksiądz podczas głoszenia Chrystusa.

• Wiara tam nie jest ugruntowana. Mimo przyjęcia chrztu, w wielu katolikach odzywają się rożne wierzenia tradycyjne. Z drugiej strony trzeba powiedzieć, że Zambijczyk–katolik to osoba bardzo zaangażowana w życie Kościoła. Trochę podobnie jak w waszej parafii: przy kościele jest bardzo wiele grup, ruchów świeckich. Tam każdy Zambijczyk należy do kilku takich grup. Kościół opiera się na ludziach świeckich. Liczba katolików rośnie bardzo szybko nie tylko dzięki misjonarzom, ale także dzieli zaangażowaniu apostolskiemu ludzi świeckich.

 Co zatem udało się księdzu zrobić z takim zaangażowaniem wiernych?

 Przede wszystkim to starałem się nie przeszkadzać za bardzo Panu Bogu w realizacji Jego wspaniałych planów, względem tamtych ludzi,  ale nie wiem czy mi się to udało (śmiech). A jeżeli chodzi o takie nieżywotne rzeczy to na przykład w Lufubu prowadzimy szkolę rolnicza (pochodzę ze wsi, więc ta praca bardzo mi odpowiadała). Ale najbardziej z Lufubu wspominam pracę w parafii: wyjazdy na stacje misyjne i pracę z młodzieżą. Otwartość i zaangażowanie młodzieży były wspaniałe.

A Mansa, to nowa misja. Razem z ks. Andrzejem Zdzieborskim przejęliśmy parafię od księży diecezjalnych. Zastaliśmy tam tylko kościół i małe biura parafialne.  Wynajmowaliśmy mały dom w mieście i dojeżdżaliśmy do parafii. Pracę z młodzieżą rozpocząłem… pod drzewem. a potem powoli powstało duże Centrum Młodzieżowe,  szkoła zawodowa, powstawały nowe stacje misyjne. Z siedmiu stacji zrobiło się dwadzieścia, a z trzech tysięcy katolików zrobiło się ponad osiem tysięcy! Setki, a może tysiące młodzieży ochrzczonej, przygotowanej do I spowiedzi i Komunii świętej. Tysiące młodzieży zaangażowanej w Centrum Młodzieżowym w rożnych grupach i klubach. Tysiące młodzieży, która otrzymała wykształcenie dzięki naszej pomocy, którzy teraz mają rodziny i godziwe życie. Tysiące młodzieży wyrwanych z rak szatana, poprzez chrzest, spowiedź, modlitwy uwolnienia. To są owoce Boga, przez ręce misjonarza.

 A czy jest jakaś sytuacja, która zapadła księdzu w pamięć, podczas pracy w Zambii?

Było ich bardzo wiele, ale chciałbym wspomnieć o śmiesznej sytuacji, która przydarzyła się w zeszłą Niedzielę Palmową. Wraz z naszymi dwoma woluntariuszkami pojechaliśmy na stację misyjną. Po procesji przyszliśmy do kościołka: bardzo małego, przykrytego blachą. Kiedy zacząłem mówić kazanie nagle usłyszeliśmy bardzo głośne huki, tak jakby kościół się walił. Wszyscy rzucili się do ucieczki i w mgnieniu oka opuścili kościół. Przerwałem mszę. Wychodząc potknąłem się w drzwiach, wpadłem na kogoś  ale i tak jakoś udało mi się uciec. Nasze woluntariuszki tak były przerażone, że ze strachu nie mogły uciekać i zostały w kościele. Po chwili okazało się, że te straszne huki, to… spadający duży kamień, który jakiś niezrównoważony przechodzień rzucił na dach i to on tak hałasował. Przez długi czas trudno nam było się powstrzymać od śmiechu.  Swoje kazanie kontynuowałem dopiero po kilkunastu minutach…

[fbphotos id=554829997920897 size=small]