Wspomnienie Mamy ks. Janusza.

Dokładnie rok temu, 24 kwietnia 2009 r. o godzinie 10.05 odeszła do Pana Ś.P. Anna Zdolska – mama ks. Janusza Zdolskiego. W rocznicę Jej śmierci publikujemy wspomnienie napisane przez wnuczkę Agnieszkę.

Anna Zdolska – moja babcia – wspomnienie.

Zamykam oczy i widzę siedzącą na tapczanie babcię. Krótko ścięte przyprószone siwizną włosy, na nosie duże okulary z pod których patrzą na mnie uśmiechnięte piwne oczy. Ubrana w białą bluzkę jak zawsze z długim rękawem i czarną spódnicę obowiązkowo za kolana, a na nogach siwe bamboszki. Siedzi tak ta moja babcia, patrzy na mnie i mówi „pamiętaj, że musicie się szanować”.

Babcia już odeszła. Zmarła 24 kwietnia 2009 roku. Zachorowała nagle, 22 kwietnia poczuła się źle, lekarz rodzinny zdiagnozował zatrucie pokarmowe. Następnego dnia z braku poprawy wezwaliśmy pogotowie. Zabrali babcię do szpitala, tam stwierdzono zawał. Pocieszaliśmy się, że może nie jest tak źle. Skarżyła się na ból, ale rozmawiała i w końcu była w szpitalu pod fachową opieką. Umówiłam się z nią telefonicznie, że następnego dnia z samego rana ją odwiedzę. Przyjechałam, ale zdążyłam tylko zobaczyć, jak przewożą ją na oddział intensywnej terapii, gdzie o godzinie 10.05 Bóg powołał ją do siebie. Teraz, kiedy o tym myślę, jestem przekonana, że właśnie tak chciała odejść, szybko nie chcąc robić nikomu kłopotu. Umierała tak, jak żyła z myślą o innych.

Babcia urodziła się 5 sierpnia 1931 roku w Woli Górzańskiej jako drugie z dziesięciorga dzieci Jerzego i Marii Inglowskich. Z opowiadań wiem, że dzieciństwo babci, choć ubogie było szczęśliwe, opiekowała się rodzeństwem, pomagała w domu, a wszystkie te prace sprawiały jej ogromną satysfakcję. Po wojnie 6 maja 1947 roku w akcji „Wisła” babcia z rodziną została przesiedlona. W wagonach towarowych z Bieszczad na Pomorze. Często jednak wracała pamięcią do chwil spędzonych w tych górzystych terenach, gdzie jak mówiła, woda w przydomowym strumyku była lodowata. Zamieszkali w Barkowie, a dni upływały babci w dalszym ciągu na pomocy rodzinie. Pracowała u bogatych gospodarzy, a także w państwowych gospodarstwach rolnych. Tutaj poznała swojego męża, a mojego dziadka – Jana Zdolskiego. Pamiętam ich zdjęcie ślubne, ona z łatwością mogła uchodzić za piękność, ciemne włosy, które widać za długiego welonu okalały twarz i te oczy, on wysoki z dłuższymi włosami, które stanowiły jego dumę i o których zawsze nam opowiadał. Dziadkowie przeżyli ze sobą 54 lata. Urodziło im się dwóch synów starszy Stanisław – mój tata i młodszy Janusz.

Mieszkaliśmy zawsze blisko dziadków. Zawdzięczam im wspaniałe dzieciństwo. To właśnie babcia pierwsza czytała nam Biblię. Siadała na tapczanie, ja z bratem obok niej, koniecznie po przeciwnych stronach, tak na wszelki wypadek, bo przecież jedno z nas mogło lepiej odpowiadać na babci pytania dotyczące czytanego tekstu i „burza” gotowa. Ale i z naszymi wybrykami babcia umiała sobie poradzić, kiedy już zawodziły argumenty słowne, klęczeliśmy z rękoma u góry, chociaż najgorsze było stanie w kącie i zakaz odzywania się do siebie. Serce babci było jednak zawsze wyrozumiałe i „kary” nigdy nie trwały długo. Nigdy nie była zbyt zmęczona, żeby się nami zaopiekować, nigdy też nie była zbyt zajęta, żeby nie zrobić nam obiadu i to takiego, na który akurat mieliśmy ochotę. Do historii naszej rodziny przeszły pierogi zamawiane u babci przy każdej okazji. Specjalny farsz ziemniaczano-kapuściany, a do tego wyjątkowy sos palce lizać. Nawet w ostatnich latach życia, kiedy to czasem brakowało babci już sił, wstawała o świcie, robiła farsz i lepiła te pierogi, bo akurat któreś z nas miało wtedy przyjechać do rodzinnego domu. Babcia już taka była, zawsze rodzina była dla niej najważniejsza. Często mówiła nam, że wielkim szczęściem dla niej było doczekać wnuków, a kiedy została prababcią była przeszczęśliwa.

Dla mnie była herosem codzienności. Nie męczyło ją bycie perfekcyjną panią domu, bo umiała w codziennych obowiązkach domowych odnajdywać przyjemność. Żeby się spełniać, nie musiała „zdobywać” Mont Everestu, wystarczyliśmy jej tylko my – rodzina. Niewielu znam ludzi, dla których tak jak dla niej słowo „my” znaczyło o wiele więcej niż „ja”. Umiała dzielić się wszystkim, mogłabym tu w nieskończoność mnożyć przykłady, kiedy to odmawiała sobie wielu rzeczy, aby móc pomagać ludziom, którzy zwrócili się do niej o pomoc. Babcia była prostą i skromną kobietą. Myślę, że zgodzi się ze mną każdy, kto miał okazję ja poznać. Pomimo tego była niezwykle „mądra życiowo”, potrafiła z tego, co przeżyła dużo wynieść. Często przestrzegała mnie, że czasem życie nie układa się tak jakby się chciało, wtedy najlepiej zawierzyć Najświętszej Panience. Babcia była bardzo religijna. Ogromną wagę przywiązywała do modlitwy, jej ulubioną był różaniec. Często zapewniała mnie, że odmawia go w mojej intencji szczególnie w czasach, kiedy mieszkałam poza Debrznem. Czułam wtedy pewnego rodzaju ulgę, że jest tam gdzieś moja babcia, która nieustannie modli się o to, aby nie stała mi się krzywda. Pamiętam jak jeszcze będąc małą dziewczynką spędzałam kilka nocy w domu dziadków babcia zaprosiła mnie do wspólnej modlitwy. Obejmowała nią nie tylko rodzinę, przyjaciół czy społeczność salezjańską, ale również i tych, których nie znała. Moi dziadkowie byli niezwykle gościnni. Odkąd sięgam pamięcią, przez ich dom przewijało się wielu ludzi. Nigdy też nie było gości mniej czy bardziej ważnych wszyscy byli dla nich wyjątkowi.

Babcia w ostatnich latach życia często podróżowała. Podróżą jej życia była pielgrzymka do Ziemi Świętej. Pamiętam, jak bardzo cieszyła się, mogąc pokazać mi zdjęcia z tamtych miejsc. Opowiadała z takim zapałem i choć wiem, ile wysiłku musiało ją kosztować owe pielgrzymowanie. nie usłyszałam ani jednego słowa skargi na upał czy długą trasę. Zresztą tak było zawsze. W ostatnich latach życia babcia często chorowała, ale nigdy nie obnosiła się ze swoim cierpieniem. Często nawet zatajała przed nami męczące ją dolegliwości. Dla mnie ostatnie miesiące minionego roku nie należały do łatwych, babcia wspierała mnie w tym trudnym czasie i choć bardzo cierpiała przychodziła pomagać mi w pracach domowych, nie rzadko też wspierała dobrym słowem.

Wrócę teraz do słów babci, które tak bardzo tkwią w mej pamięci a mianowicie „musicie się szanować”. Muszę przyznać, że zaczęłam się nad nimi zastanawiać dopiero po jej śmierci. Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, a jednak w rzeczywistości to szalenie trudne. Bo nie da się szanować kogoś bez tolerancji i wyrozumiałości dla drugiego człowieka tak samo jak nie można kochać bez poszanowania drugiej osoby. Myślę, że w słowach tych zawiera się też wskazówka, że tylko szanując się wzajemnie, jesteśmy w stanie chronić naszą rodzinę i nas samych przed zniszczeniem i zagubieniem. Wiem, że babcia kierowała się tym w życiu i m.in. dlatego była taka niezwykła. Babciu! Za Twoje dobre serce, Twoją miłość i za to, ile wniosłaś do mojego życia dziękuję Ci.

Agnieszka Betańska z d. Zdolska